Ekipa PZW O. Koszalin przyłapana na kłusownictwie?

9 czerwca br. Społeczna Straż Rybacka z Białogardu została powiadomiona przez wędkarzy o połowach sieciowych, prowadzonych na jeziorze Podborsko Małe, należące do wód okręgu koszalińskiego PZW. Ponieważ komendant SSR nie miał żadnych wcześniejszych informacji o planowanych przez Okręg odłowach, udał się wraz z trzema strażnikami nad jezioro w celu sprawdzenia doniesienia.

Na miejscu okazało się, że odłowy prowadzi wszak PZW - jeden etatowy pracownik wraz z trzema pomocnikami, członkami jednego z kół PZW w Białogardzie - jednakże bez stosownych zezwoleń i dokumentów.
 



 

Według kontrolowanych celem odłowu miało być pozyskanie lina dla potrzeb Ośrodka Zarybieniowo-Hodowlanego "Liśnica". Tymczasem, oprócz lina, strażnicy znaleźli przy nich także 9 sztuk oprawionego już leszcza. Złowione liny nie były wyselekcjonowane pod kątem przydatności do rozrodu, co orzec powinien nieobecny tam specjalista ichtiolog, a przechowywano je w beczce bez napowietrzania. Strażnicy, głusi na mało wiarygodne tłumaczenia, zgodnie z prawem i obowiązkami wezwali policję, która na miejscu spisała protokół. Tuszki leszczy przewieziono do OHZ "Liśnica", gdzie komisyjnie zostały zważone (łączna waga wyniosła 10,5 kg) i pozostawione do oględzin na wyraźne życzenie Sławomira P., okręgowego menadżera - ichtiologa, wciąż, jak się okazuje, na etacie. Teraz sprawę o kłusownictwo wyjaśniać będą - mamy nadzieję - odpowiednie organa państwa.

 









 
Sprawa wydaje się błaha. Ot, mała rekompensata w postaci świeżej rybki dla trzech "społeczników" i kiepsko opłacanego pracownika... A brak papierów... no cóż, przecież to nasza woda! Nie dziwią więc groźby i argumenty "sra... we własne gniazdo" okręgowego  menadżera-ichtiologa. Takie "odłowy" to pewnie standard od wielu lat. Tylko gdzie nadzór władz Okręgu PZW Koszalin? Czy spotka kogoś kara i czy dotknie osoby odpowiedzialne za odłowy, czy ewentualnie tylko odławiających? Kara ta zresztą nie może być wysoka, bo wartość materialna szkody jest niska. Ale czy niska jest też jej wartość moralna i przykład płynący z "góry" (jeden z odławiających to były prezes jednego z kół PZW, osoba odznaczona za zasługi przez zarząd okręgu)?

Póki co, karą zakazu wchodzenia na teren OHZ "Liśnica", wydanego przez kierownika, objęci zostali Komendant SSR i jego zastępca.
Oględziny menadżera - ichtiologa miały na celu stwierdzenie, czy ryby były odłowione siecią, jak wynika ze śladów nad jeziorem, doniesień wędkarzy i wszelkich innych znaków, czy na wędkę, jak twierdzą odławiający. Oskrobane z łuski, wypatroszone i bez głów nosiły pewnie wędkarskie haczyki z kawałkiem żyłki, wbite gdzieś w kręgosłup, świadcząc bezspornie o sposobie połowu. Niestety, tuszki zginęły - pewnie zjadły je psy lub koty stojące na straży ośrodka  i ... zdrowego rozsądku. Prezes Lewandowski twierdzi z kolei, że wszelkie pozwolenia i dokumenty służbowego wyjazdu były - choć nie było, co stwierdzone zostało także przez policję.

Aspektów sprawy jest więcej. Według naszych informacji, odłowiony lin miał posłużyć do pozyskania materiału rozrodczego na potrzeby zarybieniowe wód całego okręgu. W taki oto sposób realizowany jest program bioróżnorodności genetycznej w OHZ "Liśnica", w ramach którego pozyskano środki na jego modernizację.

Jak wiadomo, każde jezioro i rzeka posiada swoistą, dostosowaną genetycznie do lokalnych warunków ichtiofaunę. Już za czasów komuny większe jeziora miały własne rybaczówki i obowiązujące było przeprowadzanie zarybień autochtonicznym materiałem, selekcjonowanym przez pracowników PGRyb i co roku zmienianym. Owe rybaczówki służyły do przechowywania ryb w sadzach w warunkach rodzimego jeziora, aż do dojrzałości do rozrodu. Nie dość tego, często towarzyszyły im stawy - podchowalniki dla wylęgu. Dawało to między innymi podobne szanse dla narybku z rozrodu sztucznego i naturalnego, co w przypadku ryb drapieżnych ma szczególne znaczenie ze względu na kanibalizm. Nie twierdzę, że wszystko działało wówczas doskonale - bywało różnie, ale dziś koszaliński gospodarz na areale ponad 2,5 tys. ha wód, należących do 134 jezior, zdaje się kompletnie ignorować zasady genetyki populacyjnej. W przypadku innych gatunków ryb, w tym łososiowatych, wygląda to niestety podobnie, jeżeli nie gorzej.

Wnioski dla SSR - kontrolujcie nie tylko odłowy PZW (te zgłaszane, z pozwoleniami szczególnie) ale też zarybienia, bo w pierwszym wypadku mogą odłowić za dużo, a w drugim wypuścić za mało. A pan okręgowy menadżer - ichtiolog jest w błędzie i najwyraźniej ma problemy z oceną sytuacji. Szanowny Panie, Społeczna Straż Rybacka reprezentuje wędkarzy, a Pan został zatrudniony w ich imieniu i dla ich dobra. Strażnicy SSR "nie sra...  we własne gniazdo", tylko czyszczą je z g... . A na brudzących własne gniazdo przyjdzie czas.

Brawo Panie Komendancie SSR .
Oceń artykuł: 
0
Brak ocen
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy.

Kategoria: 
Miejscowość: 
Autor: