Mayfly i smutne wieści...

Długo w tym roku przyszło nam czekać na majowe święto wędkarzy muchowych. Od kilku dni docierały do mnie informacje, że pojawia się już jętka, że są pierwsze wyniki, w końcu usłyszałem - "zaczęło się, przyjeżdżaj...".

Na drugi dzień, pod wieczór, byliśmy już we trzech nad jedną z rzek wschodniej Polski. Ledwo zmontowaliśmy sprzęt, rozpoczął się godowy taniec jętki pospolitej (Ephemera vulgata). Ten widok zawsze wzbudza euforię, rozpala nadzieje, jest spełnieniem rocznych oczekiwań...

Nad wodą widzieliśmy też wychodzące, pojedyncze osobniki jętki górskiej (Ephemera danica) - tej większej, o jaśniejszym ubarwieniu, ale najwyraźniej był to początek jej wylotów.



Ephemera vulgata

Ephemera danica


Od napotkanych kolegów - wędkarzy dowiedzieliśmy się, że wczoraj był ten dzień - "dzień smoka", kiedy na żer wyszły miejscowe olbrzymy, a kto był nad wodą, mógł zmierzyć się z godnym przeciwnikiem.

Mimo, że z naszym przyjazdem nadeszło ochłodzenie, a na horyzoncie szykowała się burza, wyruszyliśmy nad rzekę pełni nadziei i optymizmu. Kiedy tylko jętka zaczęła siadać na wodzie, rozpoczęło się żerowanie.



wyjście "smoka"


Szybko namierzyłem 3 okazałe ryby, które jednak - jak to na tej rzece często bywa - nie trzymały się jednego punktu, lecz zbierały owady niejako w ruchu - po kilka zebrań wokół jednego miejsca, potem niżej, jeszcze niżej, przerwa, a następnie znowu pojawiały się w górze rzeki. Trzeba przyznać - sprytna metoda. Dla wędkarza to trudne wyzwanie - trzeba poznać trasę, wyczuć interwał i po pierwszym, góra drugim, wyjściu podać muchę idealnie w czasie i w obszar zasięgu kropkowańca. Na dodatek rzeka kameralna, teren trudny - ciężko podejść po cichu i niezauważenie do wychodzącej, "doświadczonej"  ryby. Mam w tym pewną wprawę i w końcu udało się - smoczysko wessało moją muchę, chwila wyczekiwania, opóźnione zacięcie i ...nic!. Nawet nie poczułem ryby, mimo, że mucha znikła na 2-3 sekundy pod wodą - może tym razem ciut za długo...?

Bywa. Zostawiłem rybki dwóm mniej doświadczonym przyjaciołom i pognałem w dół rzeki na dobrze mi znane "smocze jamy". Nic to, że najpierw wpadłem jedną nogą w bobrowy wentylator, napełniając cały kalosz wodą, nic to, że niedługo po tym drugą nogę zanurzyłem w cuchnącej, bagnistej brei, nic, że komary żarły niemiłosiernie, a pot zalewał oczy i spływał ciurkiem po plecach - gnałem obciążony aparatem z teleobiektywem i akcesoriami kilka kilometrów, chcąc zdążyć o właściwej porze.

Nie zdążyłem. Jętka przestała latać - skryła się wraz z ochłodzeniem i nadciągającą burzą. No, może nie do końca. Wypatrzyłem pojedyncze zebranie, choć much na wodzie już nie było widać. Pierwszy rzut i czterdziestaczek usiadł na muchówce. Przypon miałem na grubsze sztuki, więc szybki hol, dwie fotki bez wyjmowania ryby z wody i niezbyt gruby samczyk odzyskał wolność. Były też i inne atrakcje, a mianowicie dwie watahy dzików, które w trawie do pasa przeszły 20-30 metrów ode mnie bez specjalnego strachu. Nie dość tego - jedna z loszek okazała wręcz niepokojące zaciekawienie moją osobą i zbliżała się, aż klaśnięciem i okrzykiem określiłem granicę swojego terytorium  - odbiegła do stada, zatrzymując się kilka razy i oglądając do tyłu. Ciekawe też, że jedna z dzikich świń była w jasne plamy - czyżby krzyżówka ze świnią domową...? Robiłem dzikom zdjęcia, ale jeszcze przy rybie, kiedy operowałam właściwie jedną ręką, chcąc podwyższyć ISO (było już dość ciemno) przestawiłem niechcący aparat w tryb samowyzwalacza i nie zorientowałem się, sądząc, że zepsuł się mój wierny canon. Oczywiście zdjęcia nie wyszły - ból jak przy tej nie zaciętej rybie.

Potem powrót, ognisko, kolacja, kilka kieliszków za zdrowie niedawno narodzonej Kornelki, córki kolegi Konrada - i noc wśród zapachu łąk i odgłosów przyrody Podlasia.

W nocy przyszedł deszcz i dalsze ochłodzenie. Ten niezbyt dobry prognostyk na następny dzień sprawdził się całkowicie. Było zimno, dobrze, że nie padało. Jętka praktycznie nie wychodziła, a wieczorem nie siadała na wodzie. Mimo to koledze Jackowi udało się, podobnie jak mnie poprzedniego dnia, złowić pstrąga 42 cm. Ja stałem kilka godzin jak czapla na swoich ulubionych miejscach nie widząc ani jednego, godnego machnięcia muchą wyjścia. Nie było dzików, nie dopisały też ptaki, obiekt alternatywnego polowania, bo choć było ich w bród, to brak odpowiedniego światła wykluczał pracę z teleobiektywem. Cóż, tak bywa. Dodatkowo prognoza pogody zapowiadała dalsze pogorszenie aury. Uznaliśmy, że trzeba się poddać i wracać do Warszawy.

Kiedy pakowaliśmy graty, zatrzymał się koło nas samochód z wędkarzami, a wśród nich - kolega Artur Furdyna, szef Towarzystwa Przyjaciół Rzeki Iny i Gowienicy, znany bojownik o nasze górskie rzeki, który przyjechał tu z drugiego krańca Polski. Kompletne zaskoczenie. Jaki ten świat mały... Chłopaki przyjechali na "ostatnią" godzinę łowienia, z tym, że Artur spóźnił się o 2 dni.

Mało, że jętka zawiodła. W krótkiej rozmowie potwierdziły się moje najgorsze obawy, którym nie raz dawałem wyraz -  melioranci na Pomorzu jedną ręką budują przepławki, bratają z wędkarzami i chwalą działaniami proekologicznymi, drugą zaś prostują, bagrują, wycinają, umacniają, itd. - niszczą nasze rzeki, wykorzystując unijne środki na poprawę bezpieczeństwa powodziowego. Nie liczą się przy tym z ochroną obszarów Natura 2000, czy dyrektywami unijnymi, dotyczącymi ochrony środowiska i bioróżnorodności. Mało kto wie, że poprawa jakości wód i udrożnienie rzek do 2015 r. to wymóg UE, z którego Polska będzie musiała się rozliczyć. Dla meliorantów to tylko kasa do przerobienia i głupi ten, kto dał się złapać na piarowskie chwyty i uwierzył, że wilk zmienił się w baranka.

Nie dość złych wieści. Melioranckie lobby uderza już w niezniszczone ekologicznie Podlasie. Teraz przekopać chce cudowną Sokołdę, rzekę z którą jestem od lat związany. To dobitny przykład zbrodni i braku sensu działań, których niczym się nie da uzasadnić. A jednak!

Krótko to wyjaśnię.
Sokołda bierze swój początek na Wzgórzach Sokólskich i płynie podmokłą doliną przez Puszczę Knyszyńską, by po 57,5 km znaleźć ujście w Supraśli. Po drodze mija kilka miejscowości, w dużym stopniu opuszczonych, z zanikającym rolnictwem. Dla przykładu podam, że od miejscowości Straż do Międzyrzecza (odcinek górski - kraina pstrąga i lipienia), to jest na około 12 km długości rzeki, na szacunkowym areale około 500 ha łąk pasie się 15 krów w tym jedno ssące cielę (w Ostrówku)! Łąki, o charakterze naturalnym, w tym z turzycą wysoką, w większości nie są koszone w ogóle.


dolina Sokołdy

 
Mućka z Ostrówka

Dworzysk - miejscowość nad Sokołdą (woda domostw nigdy nie sięga)


Kilka cichych miejscowości nad Sokołdą położonych jest w sposób tradycyjny - na wzgórzach, tam, gdzie nawet najwyższa woda nigdy nie sięga. Sama dolina została niegdyś zmeliorowana, a i sama rzeka też nosi ślady ludzkiej ingerencji m.in. w postaci jazów do regulacji poziomu wody. Na szczęście rzeka nie została ofaszynowana, a liczne bobry zrenaturyzowały rzekę do stanu dzikiego. Zróżnicowana roślinność łąkowa, często o charakterze wyspowym, mokradła, śródłąkowe zagłębienia z oczkami wodnymi, nadbrzeżne trzcinowiska oraz bliskość lasu stwarzają doskonałe warunki dla wielu rzadkich, chronionych ptaków, płazów i innych zwierząt. Spotkać tu można czarnego bociana (o białym nie mówiąc), kanię czarną, orlika krzykliwego, błotniaka stawowego i łąkowego, żurawia, czaplę siwą, bąka, rokitniczkę, trzciniaka, brzęczka, dziwonię zwyczajną i wiele innych. Część tych gatunków jest silnie związana z trzcinowiskami, które nad Sokołdą występują w bezpośredniej bliskości rzeki i zostałyby podczas bagrowania i regulacji zniszczone. Szczególnym sentymentem darzę osobiście podlaską "papugę" - dziwonię zwyczajną, której nigdzie indziej nie udało mi się spotkać, ba! na Podlasiu widywałem ją wyłącznie nad Sokołdą.


błotniak stawowy i jego gniazdo
 

rokitniczka
 

moja ulubiona "papuga" - samiec dziwonii zwyczajnej


Jak wiemy, wszystkie płazy w Polsce objęte są ochroną gatunkową, ochronie podlegają też ich siedliska, a nawet trasy wędrówek.



żaba z grupy zielonych (Rana esculenta)
 

Ssaki związane z wodą reprezentowane są przez liczne bobry i wydrę - oba gatunki pod ochroną. Bliskość puszczy powoduje, że w dolinie można spotkać też faunę leśną. Omówienie rzadkich i chronionych roślin doliny Sokołdy wymagałoby dłuższego i bardziej fachowego opracowania.

Sama rzeka posiada bogaty rybostan, z gatunkami szlachetnymi - pstrągiem i lipieniem. Nie wiem niestety, jakie gatunki chronione występują w Sokołdzie. Wysoce prawdopodobne jest występowanie piskorza, różanki czy kozy. Wypatrzyłem natomiast minoga strumieniowego.



 
gody minoga strumieniowego (Lampetra planeri)


Według mnie ścisłej ochronie siedliskowej powinna podlegać jętka majowa, zarówno pospolita jak i górska (Ephemera wulgata i danica). Obecnie w Polsce rzek z dobrze zachowaną (nie szczątkową) populacją jętki majowej jest mniej niż niedźwiedzi brunatnych, których populację ocenia się na ok. 120 osobników! Pamiętajmy, że owady stanowią ważny składnik diety ryb we wszystkich stadiach ich rozwoju. Wciąż mam w pamięci zbagrowany i osuszony jeden z najpiękniejszych odcinków Wdy, gdzie na wielu kilometrach zniszczono unikatowe siedliska chronionego storczyka z rodzaju Dactylorhiza oraz populację jętki majowej i chruścika. Mimo, że owady zachowały się jeszcze obok w tej samej rzece, do dziś nie ma ich w zniszczonym odcinku. Nie wyrosły też storczyki i nie wróciły pstrągi, a przecież w miejscu gdzie było kiedyś trzęsawisko żyły największe osobniki.



 
kukułka szerokolistna (Dactylorhiza majalis) - nasz rodzimy storczyk


Rodzi się pytanie, czy to Unia Europejska cierpi na schizofrenię, czy raczej nasz kraj na cwaniactwo i bezwzględną pazerność władz i lobbystów. Niewątpliwie ostatnie lata to sezon "kręcenia lodów" i nie ma chyba po co chodzić ze skargami po instytucjach - wszędzie kolesie. Należy skarżyć bezpośrednio do instytucji unijnych, pisać do mediów zagranicznych, zaprosić specjalistów i pokazać im, co Polacy potrafią zrobić z idei, mających służyć przyrodzie i społeczeństwu. Chyba tylko to może powstrzymać bezsensowne wydawanie publicznych środków i wykorzystywanie ich do niszczenia wartości ponadczasowych, które winniśmy zachować dla przyszłych pokoleń.

Na tle tych informacji - wkrótce znacznie więcej szczegółów - rośnie znaczenie naszej inicjatywy społecznego dokumentowania stanu polskiej przyrody...


tekst i fot. Ostjan
(oprócz storczyka zdjęcia wykonane w dolinie Sokołdy)


Oceń artykuł: 
5
Average: 5 (1 vote)
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy.

Kategoria: 
Miejscowość: 
Autor: 

Komentarze

Bardzo ciekawy i niestety prawdziwy tekst. Drobna korekta. W wodach większości rzek podlaskich występuje minóg ukraiński Eudontomyzon mariae i podejrzewam, ze to jego tarło jest na zamieszczonym zdjęciu z Sołdy.
Miałem co do tego wątpliwości, uznałem, że L. planeri; można było złowić i sprawdzić, ale nie chciałem przeszkadzać...
Co do reakcji UE, to nie cierpi na schizofrenię, raczej jest powolna w reakcjach. Tyle, że innym nacjom jest w sposób oczywisty totalnie obojętne, jak spożytkujemy otrzymane środki. W swoim czasie sprawdzą. Jeśli dobrze, ok. Akceptują. Jeśli źle, zabierają i naliczają kary..... Przykładów powolnej, ale konsekwentnej realizacji tej polityki jest co niemiara. Rekordziści płacili po kilka milionów euro dziennie. Np Grecja..... W sumie cały kraj płaci, ale przy obecnej konstrukcji "odpowiedzialności politycznej" grupa zainteresowana ma kiesy coraz pełniejsze... kosztem reszty społeczeństwa. W związku z tym, jeśli ktoś tu ma coś nie po kolei, to My Polacy, wybierając takich, a nie innych "polityków" i godząc się biernie na robienie w "karola"...
Niestety stało się to o czym rozmawialiśmy podczas przypadkowego spotkania nad wodą: http://www.petycjeonline.com/sprzeciw_przeciwko_zniszczeniu_rzek_sokody_i_suprali Prosimy o poparcie i rozpropagowanie naszego listu.