OHZ "Liśnica" na celowniku prokuratury

Sprawa nie jest nowa, bowiem dotyczy wydarzeń z lipca 2013 r. Mało też kto o niej wie, mimo jej znaczenia dla środowiska wędkarskiego oraz powagi oskarżeń, zagrożonych karą pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8. Jak dotąd ukazał się na ten temat jeden krótki artykuł w Głosie Koszalińskim i to wyłącznie w wersji drukowanej. Szerszego nagłośnienia sprawy, w obawie, że zostanie ona "wyciszona", domagają się pracownicy OHZ "Liśnica", którzy zawiadomili o nieprawidłowościach prokuraturę. Minęło już bowiem 10 miesięcy od wszczęcia postępowania, a wciąż nie widać jego rezultatów, mimo, że nieprawidłowości, osoby w nie zamieszane i dowody wydają się oczywiste i bezsporne. Jak dotąd jedynym widocznym następstwem są roszady na stanowiskach i zwolnienia z pracy w ośrodku zarybieniowym PZW w Białogardzie.

Przedstawiamy treść w/w artykułu (wersja oryginalna, uzyskana od autora):
PROKURATOR BADA WĘDKARZY

Białogard. Na razie postępowanie karne prowadzone jest w sprawie, a nie przeciwko komuś. Ale wiadomo, że chodzi o oszustwo, do którego miało dojść na terenie stawów hodowlanych PZW.
Jakub Roszkowski, Głos Koszaliński

Prokurator rejonowy Ziemowit Książek z Białogardu potwierdza: - Istotnie, jest prowadzone takie postępowanie, w sprawie o czyn z artykułu 286, paragraf 1 Kodeksu Karnego. My je nadzorujemy, prowadzi je Komenda Powiatowa Policji w Świdwinie.

Dlaczego nie policja w Białogardzie? - Bo w sprawie mogą być zamieszane osoby, które pełniły w stawach ważne funkcje, a są powiązane - z racji pokrewieństwa i koligacji - z oficerami z Białogardu. By nie było więc podejrzenia, że postępowanie prowadzone jest nierzetelnie, przeniesiono je właśnie do Świdwina.

Artykuł 286, paragraf 1 mówi, że: "Kto, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem za pomocą wprowadzenia jej w błąd albo wyzyskania błędu lub niezdolności do należytego pojmowania przedsiębranego działania, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8".

Prokurator Książek: - Na chwilę obecną przesłuchiwani są świadkowie, a postępowanie jest prowadzone w sprawie, nie przeciwko komuś - podkreśla - Mówimy tu o możliwości oszustwa na kwotę przynajmniej 50 tysięcy złotych podczas zarybiania rzeki Parsęty.

Według naszych nieoficjalnych informacji do oszustwa miało dojść na terenie stawów hodowlanych znajdujących się w Białogardzie, a należących do Polskiego Związku Wędkarskiego, oddział w Koszalinie. Sprzedawane miały tam być, prywatnie, ryby, których wartość mogła wynieść ponad 50 tysięcy złotych. Taka kwota, przynajmniej na dziś, jest już prawdopodobnie udowodniona. Ale podejrzewa się, że może być znacznie wyższa.

Nowy prezes PZW w Koszalinie Marek Lewandowski nie zna sprawy. - Widocznie jest we wstępnej fazie i jeszcze nas o niej nie poinformowano. Natomiast potwierdzam, że zastaliśmy niektóre sprawy w związku w dość zaskakująco nagannym nieporządku - mówi dyplomatycznie. - Wprowadzamy więc powoli nową strukturę, powołujemy dyrektora generalnego, likwidujemy etat księgowej i badamy wszystkie nasze jednostki. Już mogę powiedzieć, że wprowadzamy zakaz odłowu komercyjnego w obwodzie hodowlanym w Darłowie. Tam w zeszłym roku sprzedaliśmy tylko 46 ryb. Nie ma więc sensu utrzymywać dwóch etatów, kiedy jest to przedsięwzięcie nierentowne. Obwód w Darłowie będzie wzięty jeszcze pod lupę - zakończył.

Z artykułu w GK nie dowiadujemy się wprawdzie, o co tak naprawdę chodzi, jednak szereg informacji podanych przez autora, Jakuba Roszkowskiego, warte jest szczególnej uwagi czytelnika.

Dzięki uzyskanym informacjom możemy bardziej przybliżyć temat naszym czytelnikom.

Rzecz dotyczy zarybienia w dniach 10 - 11 lipca 2013 roku dorzecza Parsęty wylęgiem żerującym troci wędrownej, wyprodukowanym w OHZ "Liśnica". Zarybienie odbywało się pod nadzorem Okręgowego Inspektoratu Rybołówstwa Morskiego w Szczecinie. W dniu 10 lipca przygotowano do transportu całą obsadę narybku troci, znajdującą się w ośrodku, w ilości ok. 100 tys. sztuk, po czym przewieziono ją na jeden z dopływów Parsęty w okolice Tychowa, gdzie pod okiem komisji wypuszczono na wolność 2 wiaderka ryb. Po tym symbolicznym akcie inauguracji dwudniowych zarybień okręgowy menedżer-ichtiolog PZW wraz z przedstawicielami komisji odjechali z miejsca zarybień, które miały być kontynuowane. Tymczasem, na służbowe polecenie menedżera-ichtiologa, całą pozostałą ilość narybku zawrócono z powrotem do ośrodka i umieszczono w basenach podchowalni, skąd następnego dnia (11 lipca) jako następna partia 100 tys. sztuk została ponownie załadowana na samochód, wywieziona w teren i tym razem, już w całości i pod "czujnym" okiem komisji, wypuszczona w dopływy Parsęty. Na wypadek ewentualnych pytań odnośnie pochodzenia drugiej partii materiału zarybieniowego odpowiedź pracowników ośrodka miała brzmieć, że to narybek od konkretnego prywatnego hodowcy spod Koszalina, pozyskany z powierzonego materiału. Tym sposobem podwojono 100 tys. sztuk narybku, które udało się wyhodować w OHZ "Liśnica" i wywiązano się z zobowiązań zarybieniowych.

W zarybieniu, obok inspektorów OIRM w Szczecinie, wzięli udział ze strony PZW Okręg Koszalin: menedżer-ichtiolog, inspektor ds. ochrony wód, kierownik i pracownik OHZ "Liśnica" oraz kierowca.

Wobec tych wydarzeń osoby mające ich świadomość, a uczestniczące w nich biernie (wykonywały polecenia), stanęły przed trudnym wyborem: albo "lojalność" wobec pracodawcy za cenę ewentualnej odpowiedzialności karnej, albo lojalność wobec prawa i społeczności wędkarskiej, być może za cenę konsekwencji ze strony pracodawcy. Wygląda na to, że wyborów dokonano - niestety różnie. Co do konsekwencji, to na dzień dzisiejszy zaistniały jedynie po stronie pracodawcy - dwie osoby "nielojalne" zostały zwolnione z pracy. Zwolniono też menedżera-ichtiologa - czyżby w uznaniu winy...? Tymczasem prokuratura od prawie roku prowadzi wciąż śledztwo w sprawie, a nie przeciw komuś...

Według prokuratury postępowanie prowadzone jest w sprawie o czyn z artykułu 286, § 1 Kodeksu Karnego. Chodzi tu więc o celowe wprowadzenie w błąd w celu osiągnięcia określonych korzyści...

Czy to oczywiste oszustwo podyktowane było chęcią ukrycia nieprawidłowego, czy też niezgodnego z oczekiwaniami, funkcjonowania OHZ "Liśnica" i chęcią wywiązania się "na papierze" ze zobowiązań zarybieniowych, czy też był to klasyczny "Miś" na miarę możliwości określonych osób, za którego zapłacą wędkarze - niech uczciwie zbada i orzeknie prokurator. Za tym drugim może niestety świadczyć fizyczny brak 100 tys. narybku (o braku wiedziano przecież dużo wcześniej) i tłumaczenie o pozyskaniu go od prywatnego hodowcy z powierzonego materiału rozrodczego. Takiemu hodowcy trzeba zapłacić, ale w tym przypadku za co...?. Poszerza się zatem krąg osób "w sprawie", rodzą się nowe pytania, a sama sprawa staje się, językiem prokuratury, rozwojowa.

Nie pozostaje zatem nic innego, jak czekać cierpliwie na rezultaty śledztwa, molestując prokuraturę o postępy i pilnując bacznie, aby nie zamieciono sprawy pod dywan lub jej nie umorzono.

Trudno jednak nie oceniać władz PZW Okręgu Koszalin. Czyżby ani nowy zarząd, ani nowy prezes nie znalazł przez 3 miesiące czasu, aby zająć się tak ważną sprawą, jak działalność modernizowanego za wiele milionów złotych własnego ośrodka zarybieniowego? Ośrodek ten nie spłacił dotąd kosztów samej inwestycji, nie spełnia oczekiwań wobec środowiska naturalnego, przynosi za to realne straty i wyciąga kolejne, astronomiczne kwoty na inwestycje, które nie dają gwarancji zwrotu. Nieprofesjonalnie zarządzany, a przede wszystkim prowadzony przez osoby, którym brakuje kompetencji i niezbędnego doświadczenia w nowoczesnych technologiach hodowlanych dzikich gatunków ryb, generował i wciąż generuje straty. Dziś, po zmianach personalnych i uruchomieniu nowiutkich zamkniętych obiegów wody i systemów zabezpieczeń, dochodzą nas jeszcze bardziej zastraszające informacje na temat osiąganych rezultatów hodowlanych. Dość powiedzieć, że od trzech lat nie udaje się pozyskać materiału zarybieniowego łososia atlantyckiego, o ok. 40% spadły obecnie w stosunku do poprzednich lat ilości pozyskanego narybku pstrąga potokowego i troci wędrownej, a szczupaka praktycznie nie udało się wyhodować w tym roku w ogóle. Coraz częściej słychać głosy o celowym działaniu, mającym doprowadzić do upadłości doskonale wyposażony zakład hodowlany, aby potem sprywatyzować go, tzn. sprzedać za "psie" pieniądze "właściwym" osobom. Co na to Zarząd? Czy nie stać go na otwarty, dobrze postawiony pod względem wymagań konkurs na kompetentną, doświadczoną osobę - specjalistę od hodowli dzikich gatunków ryb? Czy nie może pozyskać opieki merytorycznej i konsultacji (nawet odpłatnie) genetyków, naukowców z IRŚ w Olsztynie, ekologów i innych specjalistów, w celu optymalizacji procesów hodowlanych, pozyskiwania zdrowego genetycznie i fizycznie narybku oraz wprowadzania go do środowiska naturalnego w taki sposób, aby nie zagrażał naturalnym stadom ryb, a w przyszłości je wzmacniał? Czy nie znalazłyby się na tego typu programy środki z funduszy krajowych i europejskich? Przecież takie właśnie są współczesne potrzeby i wymagania środowiskowe, a wędkarze, którzy płacą za zarybienia i prawo połowu, niech dostaną wreszcie oznakowane, zdrowe i dorodne ryby pochodzące z ośrodka. A wtedy złowione dzikie ryby chętnie wypuszczą, aby następne pokolenia mogły się cieszyć naturalnymi zasobami przyrodniczymi pomorskich rzek.


Informacje na temat OHZ "Liśnica" podane w artykule pochodzą od osób, których dane personalne znane są redakcji i udzielone zostały - jak nas zapewniono i w co głęboko wierzymy - w dobrej wierze i z pełną odpowiedzialnością.

 
Oceń artykuł: 
0
Brak ocen
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy.

Kategoria: 
Rzeka: 
Miejscowość: 
Autor: 

Komentarze

Rodzą się same pytania: Czy władze okręgu mogły o tych machlojkach nie wiedzieć? Czy możliwe jest, żeby nie wiedziały ile mają narybku w hodowli? To tak, jakby szef firmy nie wiedział ile ma kasy. Gdzie był w tym czasie kierownik ośrodka i dlaczego na to pozwolił? Ciekawe ile takich spraw pozamiatali... I dziwić się, że nie ma ryb!
I nadal cisza w tej sprawie ???
I nadal cisza w tej sprawie ???
Jedno małe sprostowanie. Zarybianie Parsęty z całą pewnością nie odbywało się pod nadzorem Okręgowego Inspektoratu Rybołówstwa Morskiego w Szczecinie. Szkoda, że autor Ostjan nie zadał sobie trudu, aby w tak delikatnej sprawie sprawdzić wiarygodność i odpowiedzialność swoich informatorów.