"Święto Troci i Łososia" 2013 - nieco refleksji i wspomnień...

W dniach 6-7 lipca br. odbyły się nad Parsętą XVI towarzyskie zawody wędkarskie pod nazwą "Święto Troci i Łososia". Ich organizatorem było tradycyjnie Towarzystwo Miłośników Parsęty oraz - jak można wnioskować z komunikatu na stronie Towarzystwa - Starostwo Powiatowe w Białogardzie, Urząd Miasta Białogard oraz Związek Miast i Gmin Dorzecza Parsęty - tak, tak, ten sam, który w latach 90. szykował plan "Hydroenergetycznej zabudowy dorzecza rzeki Parsęty".

Według uzyskanych danych w zawodach wzięło udział 70-80 wędkarzy, którzy w ciągu dwóch dni złowili 2 trocie wędrowne. Zawody rozgrywane były w dwóch kategoriach: największej ryby i łącznej masy złowionych  ryb. Oto wyniki:

I miejsce - Jerzy Kaczmar (TMP),  troć 71,4 cm, 4,04 kg,
II  miejsce -  Marcin Strzelecki, troć 70,3 cm, 3,82 kg.


Jako byłemu członkowi Towarzystwa Miłośników Parsęty, który związany był z tą organizacją przez 17 lat (od września 1994 r.), nasuwa się przy okazji Święta wiele pytań, refleksji i wspomnień...

Po pierwsze, dlaczego organizatorzy "zapraszają" tylko "zaproszonych gości"? Impreza, mimo zaangażowania lokalnych władz, wciąż jest tylko dla "wybranych", co sprawia, że staje się coraz bardziej "kolesiowska" i traci z roku na rok na znaczeniu. Czy taka jest dzisiaj wola większości członków TMP? Jeśli tak, to może lepiej zmienić nazwę na "Święto Wybranych Członków Towarzystwa Miłośników Parsęty i Ich Gości". Bo członkowie są lepsi i gorsi, goście również.

Co do udziału lokalnych władz w organizacji Święta.
Dlaczego nie widać zaangażowania tychże władz na ich firmowych stronach internetowych - ani w formie zapowiedzi Święta, ani w formie relacji z jego przebiegu? Na czym polega i co oznacza udział ZMiGDP w organizacji imprezy? Czy to znak czasu i zmieniających się trendów, czy tylko kamuflaż i marketing...?

Przeszłość i doświadczenie nakazuje mi ostrożność. Co bowiem zmieniło się na lepsze? Czyżby przybyło w ostatnich latach tarlisk w górze dopływów Parsęty i Radwi, a nie przemysłowych hodowli ryb i norek? Czy zaniechano bagrowania i regulacji rzek? Czy trzy nowe prywatne elektrownie (MEW) - z których dwie, z naszych i unijnych pieniędzy, zaopatrzono w przepławki, a trzecia, najważniejsza, w Karlinie, wciąż czeka na skuteczne udrożnienie i nadal ogranicza trociom i łososiom dostęp do Radwi - to koniec "Hydroenergetycznej zabudowy dorzecza rzeki Parsęty"? Czy spływające kelty i smolty unikną śmierci i okaleczeń na turbinach prądotwórczych nowych MEW? Czy elektrownia w Rościnie przestanie "trzymać" wodę przy niżówkach i doczeka się porządnej przepławki z monitoringiem, najlepiej z własnych pieniędzy, bo od lat czerpie finansowe korzyści kosztem środowiska i ochrony przeciwpowodziowej Białogardu? Czy ta atmosfera sielanki to chwilowa cisza po inwestycji w Osówku, wykonanej bez prawdziwych konsultacji społecznych i z naruszeniem prawa (w postaci zaniechania przeprowadzenia oceny oddziaływania przedsięwzięcia na środowisko) decyzją wójta gminy Białogard, Macieja Niechciała, z 29 marca 2010 r. ? Co oznacza marsz "ręka w rękę" TMP ze ZMiGDP oraz ZMiUW w Szczecinie i chwalenie się ich inwestycjami jako własnymi (likwidacja progów w Karlinie i Białogardzie w ramach działań przeciwpowodziowych, czy budowa sztucznego tarliska poniżej "zwężki" w Osówku w ramach obowiązkowej rekompensaty ekologicznej...) - czyżby to jakaś nowa, nieznana dotąd rola organizacji pozarządowych, które do tej pory wypełniały prawne i społeczne luki, kontrolowały i uzupełniały działania instytucji państwowych? A może to tylko czyjeś nieograniczone ambicje i "winda do nieba" po szczeblach pracy, poświęcenia i pieniędzy społeczników z prawdziwego zdarzenia?
Dziś, biorąc pod uwagę wybór na prezesa ZO PZW Koszalin wpływowego samorządowca i  polityka rekomendowanego przez PO, osiągnięta została jedność, jak za najlepszych czasów komuny - co to może przynieść nam dobrego? Tych pytań i wątpliwości jest znacznie więcej. Rozważyć je powinni wszyscy - i ci, którzy odeszli i ci, co zostali w TMP, bo nikt nie zwolnił ich sumień z odpowiedzialności za Parsętę.


Co do samych zawodów.
Ich rezultaty są, jak widać, mniej niż skromne i tak jest od lat. Koniec czerwca - początek lipca, to okres, kiedy pierwsze letnie trocie pojawiają się w pomorskich rzekach, za to często są to piękne sztuki, dla których warto przecierać szlaki wśród bujnych pokrzyw i chmar komarów. Niestety, jest ich zwykle niezbyt wiele, a wyczekują ich nie tylko wędkarze, ale też miejscowi kłusownicy, którzy co roku "czyszczą" skutecznie wodę z ryb prądem i sieciami.

Może szkoda rozwodzić się nad drobiazgami, ale pozwolę sobie na małą uwagę, dotyczącą "Turnieju Czterech Rzek", imprezy towarzyszącej Świętu. Otóż od czasów rycerskich turniej oznacza walkę "każdy z każdym" (pojedynek osób lub drużyn). W dzisiejszym sporcie jest on jedną z form sportowych zawodów, ale nie każde zawody są turniejem. Od czego wzięła się tu ta nazwa?  - wiadomo, ale co ma oznaczać...? Bezkrytyczne powielanie pomysłów to czasem powielanie cudzych błędów Prawdziwa nazwa Turnieju Czterech Skoczni to z niem. Vierschanzentournee, co należałoby przetłumaczyć jako „występy na czterech skoczniach”, a jej nawiązanie do artystycznego tournee sięga czasów powojennych ograniczeń, nałożonych na Niemcy, kiedy to tylko z sąsiadującą Austrią, w formie gościnnych występów, można było nawiązać sportową rywalizację. Koledzy organizatorzy - może dla poprawności (drobiazgi o czymś świadczą) warto zmienić turniej na zawody?

Co do zasad rozgrywania tegoż "Turnieju" (i to jest ważne!) - jak ze sportowym duchem fair play pogodzić udział tylko zaproszonych wędkarzy, na dodatek tylko tych, którzy "punktowali we wcześniejszych edycjach" 2013 r., tj. otwartych zawodach na pozostałych rzekach? Najlepsi dostali szanse na dodatkowe punkty, a pozostali...? Przecież jedną ładną rybą można wygrać cały cykl zawodów... Jeśli więc nie można zmieć formuły zawodów i pozwolić na start także tym, co nie "punktowali", to może lepiej zmienić zawody - Biesiada Łososiowa w Dygowie odbywa się także nad Parsętą, ma charakter otwarty, a w drugiej połowie lipca powinno być więcej ryb, niż na początku miesiąca...?


Co do imprezy.
Już od jej początków stawiane były pytania: czy to właściwa pora na zawody, czy warto je rozgrywać w czasie, kiedy nad wodą więcej jest wędkarzy niż ryb w rzece, a spotkanie z rybą to czysta loteria? Wątpliwości budzi też nazwa, bo co to za święto dla troci i łososi, kiedy  kilkudziesięcioosobowa grupa wędkarzy rusza nad wodę w celu pozbawienia życia jak największej ilości tych szlachetnych ryb w imię rywalizacji, dla pucharów i nagród ufundowanych przez organizatorów i sponsorów imprezy? Wydawałoby się "na zdrowy rozum", że święto powinno oznaczać raczej dla nich amnestię, a najlepiej całkowity zakaz połowu - nazwijmy to "dni dobroci" w trakcie sezonu wędkarskiego. Nawiasem mówiąc, takie stałe dni w tygodniu oraz godziny w trakcie doby wolne od łowienia stosowane są powszechnie w krajach skandynawskich w celu zapewnienia niezakłóconej wędrówki troci i łososi i nie nadaje im się rangi "święta" – czy nie przydałyby się one także u nas?

Pamiętam, jak 16 lat temu, na pierwszej imprezie, w gronie przyjaciół z TMP dyskutowaliśmy na temat formuły Święta i uczynienia go bardziej adekwatnym do nazwy, wymyślonej (mało kto dziś wie lub pamięta) przez Rysia Pendera i Stasia Junikiewicza, dziś nestorów wędkarstwa trociowego, którzy pamiętają jeszcze czasy świetności Parsęty i jej siostry Radwi. Uznaliśmy wówczas, że nie o wędkarską rywalizację i martwe trofea powinno w niej głównie chodzić, lecz o zaprezentowanie lokalnej społeczności i przyjezdnym (letnikom oraz turystom) przyrodniczego bogactwa regionu m.in. w postaci ryb łososiowatych, ich ciekawej i złożonej biologii, problemów kłusownictwa, regulacji rzek oraz innych zagrożeń ze strony człowieka w kontekście korzyści, jakie może przynieść postawienie na rekreację wędkarską. Towarzyszyć świętu miały happeningi, wystawy i prezentacje na rynku w Białogardzie, a wędkarze mieli się prezentować jako ci "dobrzy", dbający o dobry stan przyrody, czystość i bogactwo wód...

Dlaczego nic z tego nie wyszło? Cóż, bez wątpienia łatwiej jest zorganizować wędkarską imprezkę typu "klapa, rąsia, buźka, goździk", piwo z plastiku, bigos z tekturki, i ile kto "wytrzymie" do rana.


Przez 13 lat uczestniczyłem w spotkaniach wędkarzy przy okazji „Święta Troci i Łososia”, nie biorąc udziału w zawodach wędkarskich (tych, ani żadnych innych - nie jestem zwolennikiem zawodów w łowieniu ryb). W 2011 roku, mimo opłacenia składek TMP zaproszony już nie zostałem, podobnie jak wielu kolegów z bliskich i bardziej odległych rejonów Polski. Może kiedyś się to zmieni i nie trzeba będzie "specjalnych" zaproszeń i "trudnych" wyborów zarządu TMP, aby spotkać się w miłym gronie na towarzyskiej imprezie - w końcu żaden układ nie trwa wiecznie. Pozwolę sobie za to, w imieniu własnym i skoczowsko-łykowskiej grupy przyjezdnych miłośników Parsęty, pozdrowić wszystkich naszych kolegów i przyjaciół, którzy uczestniczyli w tegorocznym spotkaniu oraz w jego minionych edycjach – zdrowia i połamania wędzisk! Mamy na szczęście jeszcze rzekę i, jeśli ktoś lubi, klasowe imprezy jak "Salmo Parsęty" czy nową, rozwijającą się z roku na rok "Biesiadę Łososiową" w Dygowie, która przyciąga atmosferą i atrakcjami coraz więcej wędkarzy z całej Polski.


A wracając do idei łososiowego święta zastanówmy się, czy nie warto rozważyć ponownie naszych pomysłów sprzed kilkunastu lat, wzbogacając je o dodatkowe wartości. I tak w miejsce zawodów dać rybom "wolne" i zorganizować sympozjum - ogólnopolskie spotkanie wędkarzy trociowo-łososiowych, na którym zaprezentowane zostaną nasze najważniejsze problemy, odbędzie się nad nimi dyskusja, zebrane zostaną pomysły i propozycje rozwiązań. Gdzie spotkać się będzie można z zaproszonymi naukowcami, członkami zarządu PZW, przedstawicielami lokalnych władz i instytucji (w tym meliorantami), którzy wyjaśnią istotne zjawiska, przedstawią najnowsze osiągnięcia naukowe, wytłumaczą swoje decyzje, złożą sprawozdania z działalności, odpowiedzą na pytania, i którym będziemy mogli przedstawić nasze propozycje. Nowe święto odbywać by się mogło "przechodnio" w oparciu o główne pomorskie rzeki: Parsętę, Regę, Słupię i Wieprzę, a najlepiej w szerszej, ogólnopolskiej formule. Wystarczy skrzyknąć grupę inicjatywną, utworzyć komitet organizacyjny, który zająłby się sprawami programowymi, zaś organizację imprezy, promocję regionu oraz wędkarstwa jako formy rekreacji i głębokiego kontaktu z przyrodą, wzięłyby na siebie lokalne organizacje wędkarskie i ekologiczne. Myślę, że takiemu środowiskowemu dialogowi mogłoby patronować Ministerstwo Środowiska czy inne ważne instytucje państwowe. Sprawa jest całkowicie otwarta. Kto wie ile dobrego mogą przynieść takie spotkania i dobrze zorganizowane edycje "Ogólnopolskiego Święta Króla Łososia"...


Oceń artykuł: 
5
Average: 5 (1 vote)
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy.

Kategoria: 
Rzeka: 
Autor: