Jako drzewiej jeździło się na ryby

Jest truizmem stwierdzenie, że współcześnie podstawowym środkiem transportu na ryby jest samochód. Dawniej jednak było inaczej, wręcz romantyczniej. Nie mając samochodu, a chcąc jeździć na pstrągi i lipienie, musiałem korzystać z innych środków transportu i własnych nóg, a także odpowiednio planować wyjazd. Temu jest poświęcony niniejszy artykuł, w którym opisuję te sprawy w latach 70. i 80.

Wśród moich pierwszych wyjazdów na pstrągi, bodajże już w 1978 r., były te nad górną Radew. Z Warszawy pociągiem jechałem do Szczecinka. Tam przesiadałem się na autobus (trzeba było przejść dwa kilometry od jednego do drugiego dworca) i wysiadałem w Kłaninie. Następnie sześć kilometrów na piechotę szedłem na wschód bitą drogą aż do Bobrowa. Nad samą Radwią były tam wówczas pozostałości osady, składające się z jednego gospodarstwa, prowadzonego samotnie przez Grzegorza Szpaka, dawnego przesiedleńca z Bieszczad. Mieszkałem w starej części domu, bez szyb w oknach. Było tam duże drewniane łóżko wygodnie wymoszczone słomą. Pełen Wersal! Na okrasę w kwietniu rano temperatura spadała poniżej 0°C, a w nocy po podłodze głośno biegały myszy lub szczury. Z tego powodu wieczorem na łóżku przygotowałem sobie trochę kamieni, które „uruchamiałem” w nocy, gdy zwierzaczki za bardzo się rozochociły moją obecnością.

Warto jednak było tam jechać, bo w rzece było dużo pstrągów, szczupaków, kleni, lipieni i okazałych miętusów. Wyprawa wielkanocna nad Radew była dla mnie rutyną przez kilka lat. Byłem tam czasem także latem, ale wówczas łowienie było trudne z powodu dużej ilości wysokiej trzciny, uniemożliwiającej poruszanie się po brzegu.
W pamięci utkwił mi wyjazd latem 1982 r. Z Piotrem Burzyńskim i Grześkiem Maliszewskim z Warszawy umówiłem się na przystanku autobusowym w Kłaninie. Oni dojechali tam samochodem, a ja autobusem ze Szczecinka. Pikanterii temu wyjazdowi dodał fakt, że wówczas benzyna była towarem reglamentowanym i niełatwo było planować wyjazd na ryby. Na moje szczęście wcześniej w Czarnym byłem w wojsku w jednostce samochodowej, więc z Czarnego pojechałem z dużym kanistrem cennego płynu. Dzięki temu mogliśmy swobodnie jeździć po okolicy.

Po 1984 r. Radew odwiedziłem tylko raz - w kwietniu 2002 r. Po gospodarstwie nie było już śladu. Budynki zostały rozebrane, a wszystko zarosło drzewami. Z początku miałem nawet trudności w rozpoznaniu tego miejsca, bo tak bardzo się zmieniło. Nie zmieniło się jedynie położenie starego kurhanu, świadka dziejów tej osady na przełomie ostatnich dwóch tysięcy lat.

Najbardziej dogodny był dojazd pociągiem nad Łosośnę. Wieczorem około godz. 22.00 wsiadałem do pociągu i po kilku godzinach byłem w Białymstoku. Tam, po ponad godzinie czekania, był pociąg do Kuźnicy. Wagony – w środku z prawdziwego drewna (a nie sklejki) - były chyba jeszcze sprzed kilkudziesięciu lat. Znakomicie nadawały się do kręcenia filmów o Dzikim Zachodzie. Chyba na tej linii te wagony kursowały jako jedne z ostatnich w Polsce.

W Kuźnicy pojawiłem się po godzinie piątej. Najpierw musiałem zameldować się na dworcu w biurze straży granicznej (dawniej ta formacja nazywała się WOP – Wojska Ochrony Pogranicza), ponieważ była to strefa przygraniczna. Rutynowo spisano moje dane z dowodu osobistego i pozwolono iść na ryby. Z początku strażnicy nie mogli się nadziwić, po co jeżdżę z Warszawy aż tak daleko na ryby, jakby bliżej domu nie było innych wód. Później chyba przyzwyczaili się do mojej obecności.

Zazwyczaj szedłem torami w górę rzeki około 1-2 kilometry i następnie łowiąc schodziłem w dół rzeką, czasem poniżej Kuźnicy. Najlepsze miejscówki były naprzeciwko stacji. Około godziny 17.00 kończyłem łowienie i wsiadałem do pociągu pospiesznego, bodajże relacji Leningrad-Warszawa. Około godz. 22.00 byłem już w Warszawie.
Stosunkowo dobry był też dojazd nad Brdę. Około godziny 20.00 wsiadałem do pociągu udającego się do Gdyni (i dalej do Kołobrzegu). W Tczewie byłem około godziny drugiej, a potem przesiadka na pociąg do Chojnic. Na stacji Rytel Wieś byłem około godziny piątej. Na ogół miałem dwa scenariusze łowienia. W pierwszym (mniej męczącym) łowiłem na odcinku od Konigortu do mostu drogowego w Rytlu. W drugim łowiłem od mostu drogowego do leśniczówki w Ubogiej. Preferowałem schodzenie prawym brzegiem, ale oznaczało to konieczność przeprawy przez rzekę (ze zdjęciem ubrania) – w Ubogiej, albo w jednym miejscu około kilometra wyżej. Powrót (4 km) był znacznie łatwiejszy lewym brzegiem, z uwagi na drogę asfaltową wzdłuż kanału. Był to istotny czynnik, ponieważ po całym dniu łowienia byłem mocno zmęczony. Około godz. 21.30 był pociąg do Tczewa, a w Warszawie byłem nad ranem następnego dnia.

W ten sam sposób jeździłem do Czarnej Wody nad Wdę i Niechwaszcz. Najchętniej jeździłem tam w kwietniu i maju na pstrągi.

Wypady nad dorzecze Gwdy były zazwyczaj dwudniowe. Około godz. 19.00 wsiadałem do tzw. przyspieszonego pociągu w relacji Warszawa-Kołobrzeg (kiedyś był taki pociąg, który jechał przez Sierpc i Piłę). W Pile przesiadałem się do pociągu osobowego i wysiadałem w Płytnicy. Na piechotę szedłem starym traktem kolejowym (do Wałcza), zatrzymując się czasem na Rurzycy, ale na ogół bezpośrednio do Zabrodzia lub Tarnowa (odpowiednio 5 lub 6 km). Stamtąd schodziłem w dół Piławą lub Dobrzycą, a następnie Połączonymi, aż do mostu kolejowego. Wieczorem wracałem na stację na nocleg. Na ogół spałem w poczekalni na drewnianej ławce, bo na stacji rzadko pojawiały się inne osoby. W październiku i listopadzie natomiast spałem na podłodze w sali rozdzielni na stacji (budynek przy przejeździe drogowym). Uprzejmy kolejarz, widząc mnie już kilkakrotnie, za którymś razem sam mi zaproponował możliwość noclegu u niego, za co byłem mu niezmiernie wdzięczny. Latem, gdy było w miarę ciepło, to spałem w kopce siana nad rzeką w Zabrodziu.

W połowie lat 80. zlikwidowano wspomniany pociąg. W tej sytuacji do Piły jeździłem przez Poznań. Było to bardziej uciążliwe, gdyż była jedna więcej przesiadka (w Poznaniu).

Tymi samymi pociągami jeździłem nad górną Gwdę na pstrągi od lutego do kwietnia. Wysiadałem w Okonku około godz. 5.30, a następnie na piechotę szedłem do Lędyczka, po czym dalej lewym brzegiem drogą do elektrowni. Szybki i zdrowy poranny marsz trwał niecałe dwie godziny. Następnie schodziłem w dół rzeką, a po południu wsiadałem do autobusu do Czarnego, gdzie już byłem „w domu” u Piotra Kręcigłowy.

Nieco bardziej skomplikowany był jeden wyjazd na Zbrzycę w maju 1982 r., gdyż nie było tam dogodnego dojazdu. Z miejscowości Swornegacie rano ruszyłem na piechotę do wsi Laski, a potem dalej za Rolbik. Zacząłem łowić na górnym odcinku leśnym Zbrzycy, schodząc w dół. Zakończyłem w Laskach, a potem ponownie zacząłem łowić od wypływu Zbrzycy z jeziora Parszczenica. W tym miejscu woda była jednak już nieciekawa, zapewne bez ryb łososiowatych. Na samym początku złowiłem jednak przyzwoitego szczupaka, którego upiekłem na ognisku na obiad. Następnie na piechotę, orientując się po słońcu, udałem się drogami polnymi nad Chocinę. Tam dotarłem na nocleg w jakiejś stodole. Tego dnia zrobiłem na piechotę ponad 20 kilometrów.

Gdy w 1981 r. byłem w wojsku w Czarnym, to wielokrotnie udawałem się na pobliskie wody. Interesującym doświadczeniem była górna Szczyra. Pociągiem pojechałem z Czarnego do stacji Bińcze. Następnie cofnąłem się kilkaset metrów wzdłuż torów, po czym od miejsca, w którym Szczyra, a właściwie „ciurek”, przecinała tory, zacząłem schodzić w dół. Po przejściu około kilometra potok stał się na tyle szeroki, że mogły bytować w nim ryby. Od tego miejsca szybko zaczął on przybierać wodę, z powodu dużej ilości źródeł. Pojawiło się więcej pstrągów, a woda stała się śliczna. W końcu doszedłem do uregulowanego odcinka na łąkach powyżej mostu drogowego. Wówczas na tym odcinku nie było drzew (ani bobrów poniżej mostu), gdyż melioracja odbyła się kilka lat wcześniej. Przejście całego odcinka od torów zajęło mi pół dnia. Przy moście drogowym wsiadłem do autobusu i wróciłem do Czarnego.

Do moich ulubionych rzeczek w latach 80. należała Bystra. Wówczas była tam liczna populacja dużych pstrągów. W Warszawie około północy wsiadałem do pociągu, który udawał się bodajże do Chełma. Około godziny 3.30 byłem na stacji Sadurki. Stamtąd na piechotę szedłem drogą asfaltową do Nałęczowa, a potem dalej kolejno drogami na Lublin i Wojciechów, do mostu drogowego w osadzie Maszki (razem około 6 km). Tam rozpoczynałem połów na dopływie Bystrej i schodziłem w dół, aż do Nałęczowa. Następnie na piechotę powrót do stacji na pociąg, który około godz. 18.00 udawał się do Warszawy. Przez cały dzień było to ponad 15 km na piechotę.

Sympatyczny był wyjazd na Lipienia Drawy w 1983 r., rozegranego 4 września (była to bodajże jedyna impreza na Drawie rozegrana o tak wcześniej porze roku). Pierwszego września pojechałem pociągiem do Człopy, a stamtąd autobusem do Starej Osiecznej. Dalej okazją samochodem w górę rzeki do mostu w Bogdance. Od mostu schodziłem w dół z wędką pod pachą, bardziej zajmując się obserwowaniem rzeki i ryb (w ramach przygotowań do zawodów), niż łowieniem. Na upatrzonego złowiłem jednego klenia około 45 cm. Wieczorem dotarłem na biwak w Sitnicy. Wówczas nie było tam żadnej infrastruktury dla turystów, ani w ogóle kajakarzy. Rozpaliłem ognisko, upiekłem klenia (często zabierałem ze sobą tylko zapałki, chleb i sól, zdając się na łaskę losu) i położyłem się spać na ziemi. W nocy co jakiś czas dokładałem trochę drewna do ogniska, ale nie tylko dlatego, by się ogrzać. W okolicy było mnóstwo dzików, które głośno buszowały zaledwie kilkanaście metrów ode mnie. W pewnym momencie usłyszałem koło mnie nawet donośny plusk, jakby całe drzewo wpadło do wody. Było to stado jeleni, które spłoszone moją obecnością postanowiły się przeprawić na drugą stronę Drawy.

Następnego dnia udałem się dalej. Złowiłem kolejnego klenia na obiad, a na nocleg pod chmurką zatrzymałem się poniżej Moczeli. Trzeciego dnia (w sobotę) spotkałem wędkarzy, którzy przyjechali na rekonesans przed zawodami i z nimi udałem się do bazy imprezy. Po drodze w rzece zebrałem cały plik rzutek, które jakiś kłusownik zastawił chyba poprzedniego dnia wieczorem. Rzutki przekazałem organizatorom zawodów z życzeniami dalszych sukcesów w zwalczaniu kłusownictwa.

Moją ulubioną rzeką na lato była Wkra. Zazwyczaj rano wsiadałem do pociągu podmiejskiego na stacji Warszawa Gdańska i jechałem do Nasielska. Tam przesiadałem się na pociąg do Sierpca i wysiadałem na stacji Wrona, skąd było już tylko dwa i pół kilometra do rzeki w Jońcu. Po zakończeniu łowienia wracałem do tejże stacji. Gdy schodziłem rzeką w dół do mostu kolejowego, to szedłem do stacji w Cieksynie. Na ogół nie łowiłem w Pomiechówku, bo było tam za dużo ludzi nad wodą i woda mało ciekawa.

Około 1985 r. na przełomie czerwca i lipca postanowiłem być nad Wkrą o świcie, by sprawdzić, czy jest poranny wylot jętek1. O północy wyjechałem więc pociągiem z Warszawy, a w Nasielsku byłem godzinę później. Następnie szedłem torami (a od mostu w Cieksynie - bitą drogą na prawym brzegu Wkry) niecałe trzy godziny. Razem zrobiłem ok. 17 km. Warto było jednak, ponieważ od świtu do godziny piątej ryby (głównie klenie i bolenie) wyczyniały takie harce na wodzie na płyciznach koło mostu w Jońcu, jakich później nigdy już nie miałem okazji podziwiać.

Generalnie dawniej jazda pociągiem miało swój niepowtarzalny urok, w tym związany z takimi elementami, jak niemal walka wręcz o miejsce w wagonie, wchodzenie przez okno i sypianie na pryczy u góry. Ważną sprawą była potrzeba czuwania w nocy, by nie przespać stacji, co zdarzyło mi się dwukrotnie w Szczecinku. Ponadto, ponieważ nie znoszę bezczynności, więc z zasady w pociągu coś czytałem albo strugałem woblery. Ta druga czynność często wywoływała zainteresowanie innych osób w przedziale. Najciekawszym komentarzem było pytanie jednej osoby – czy robię kołki do grabi?

Częstym wyjazdom pociągiem sprzyjał także fakt niskiej ceny biletu. Do końca lat 80. była bowiem zniżka 50% dla wielu grup społecznych, w tym skromnych urzędników, takich jak ja.

Dawniej „zaliczałem” na rybach dziennie średnio 10-15 km na piechotę, a zdarzały się też marsze powyżej 20 km. Brak samochodu w niczym nie przeszkadzał, bo były ryby, czyli główny cel wyjazdu. Nieraz wiele bym dał, aby można było cofnąć się do dawnych czasów, jakże bardziej romantycznych i z lepszymi wynikami wędkarskimi, niż współcześnie.



Stanisław Cios
"Pstrąg & lipień" Nr 46



Oceń artykuł: 
0
Brak ocen
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy.

Kategoria: