Kiedy chłopak marzył o tęczówce

Ostatni opis morskiej siei skłonił, by cofnąć się w czasie do lat świetności morskich łowisk. Pamiętam Zatokę Pucką i Gdańską z końca lat 60 - tych i późniejszego okresu, to było wędkarskie eldorado. Metrowe szczupaki z wodorostami na łbie, eksperymentalne hodowle tęczaka w morskich zagrodach, płocie do łokcia, okonie z Helu i Władysławowa, turboty jak płyty chodnikowe. Tak było do czasu tajemniczego pomoru węgorzy a za nimi innych gatunków.




Z końcem lat 60 - tych miałem 10 lat i zamiast marzyć o rowerze tak jak wszyscy moi rówieśnicy, moim jedynym pragnieniem było stać się szczęśliwym posiadaczem wędki, kołowrotka i żyłki. Gdynia - mały sklepik wędkarski na Placu Kaszubskim był mekką wędkarzy a dla chłopców w moim wieku ciastkarnią, do której przychodziliśmy nieomal codziennie przyłożyć nos do wystawowej szyby. Czasem udało nam się wślizgnąć do środka i z zazdrością przyglądać się jak wędkarze oglądają sprzęt, rozważając dylematy czy kupić wędkę bambusową czy może na początek leszczynową. Tak leszczynową, dziś trudno w to uwierzyć, ale do połowów spławikowych produkowano wędziska z leszczyny, dwuczęściowe, lakierowane z mosiężną skuwką łącząca składy zakończone w miejsce przelotek pętelką na szczytówce. Modelem ekskluzywnym była wędka bambusowa, od prostych patyków, które jako "jednoskłady" stały do wyboru w wiklinowym koszu, do wieloczęściowych gruntówek z przelotkami. W tamtych latach ulice Gdyni, podobnie jak wszystkich miast Polski były czarno – białe. Królowały szare ortalionowe płaszcze, brukowane drogi przemierzały nieliczne samochody a tłumy szarych ludzi speszyły z pracy i do pracy.

Dla mnie i moich kolegów z podwórka ten wędkarski sklepik był jednak wielobarwną, tropikalną wyspą pośród codziennej szarości, pełną egzotycznych atrakcji i pokus a naszym marzeniem była tęczowa żyłka. Nie była ani lepsza ani gorsza od pozostałych "Gorzowskich" linek, które dziś uznalibyście za sznurki do wieszania bielizny, ale była tęczowa. Pamiętam jak jej barwy na szpuli kołowrotka nadawały znaczenia, podkreślając stopień wtajemniczenia i wyznaczały wędkarska pozycję. My chcieliśmy być na jej szczycie, móc stanąć obok dorosłych nad brzegiem wody i dumnie prezentować nasze spełnione marzenie. Były to czasy skromnego kieszonkowego, które dzieciaki dostawały co miesiąc od rodziców, w większości przeznaczanego na oranżadę w szklanych butelka zamykanych drucianym uchwytem, lub dropsy bez względu na opakowanie zawsze w tym samym smaku. Był to zwykle grosze wydzielane mam ze skromnych rodzinnych budżetów, które ni jak nie szło obrócić na sprzęt wędkarki. Może udało się kupić klika haczyków, resztę pozostawiając naszej pomysłowości i wszech panującemu majsterkowaniu. Ołowiane żołnierzyki przetapialiśmy na ciężarki zwykle pod nieobecność rodziców, u których nasze alchemiczne eksperymenty budziły grozę gdy w miejsce garnka z zupą, na węglowej kuchni pojawiał się tygielek z ołowiem.
Kołowrotki robiliśmy sami a milowym krokiem w naszej technologi było pojawienie się metalowych nakrętek do słoików, które służyły za boczne ścianki szpuli. Wystarczyło pozbawić dwa dżemy z domowej spiżarki przykrycia, by móc zmontować morski multiplikator. Kawałek okrągłego kołka stanowił rdzeń szpuli do którego przybite po bokach nakrętki z mocowaną mimośrodowo korbką z kawałka drewna na śrubie, stanowiły całkiem praktyczną konstrukcję. Nawet sklepowa, leszczynowa wędka była poza naszym zasięgiem, pozostawało więc samemu wyciąć kawał gałęzi, by móc zmontować sobie wędkarski zestaw.

Byliśmy też zgrają małych kłusowników, choć wyłącznie w znaczeniu braku przynależności do PZW, ale nikt nie zwracał na nas uwagi bo były to czasy gdy żyło się z kluczem na szyi. Rodzice pochłonięci pracą zwykle postawiali potomstwo z nadzieją, że ich codzienną drogę wyznacza trasa szkoła, dom, podwórko. Uwielbiałem dni kiedy lekcje kończyły się już koło południa, tornister dostawał solidnego kopa w tajnym schowki gdzie skrywane były nasze wędkarskie skarby i zwykle one były miejscem pierwszych kroków po ostatnim szkolnym dzwonku. Godzinami mogłem się gapić na domową produkcję wahadłówek dziadka, który przy pomocy prostych narzędzi wykuwał ogromne mosiężne lub miedziane blachy, na które łowił w Zatoce Puckiej szczupaki jak wanna a wanny w tych latach małe nie były. Spinningiem była klinga floretowa z przyspawanymi przelotkami i dorobionym dolnikiem, ale tylko takie wędzisko dawało radę w trollingu podczas morskich połowów na rybackich łodziach.

Jak to w Gdyni bywało, wiele rodzin żyło z morza i na morzu, tak i mój ojciec pływał we flocie handlowej. Gdy moi koledzy w dniu wejścia statku do portu wypatrywali ojców w nadziei na zagraniczne podarki w postaci markowych spodni, ja czekałem na jego powrót wiedzą że pojedziemy na ryby. Moimi przyjaciółmi była grupka rówieśników, tak samo zwariowana jak ja a jedynie lekcje biologi lub geografii mogły przykuć nasza uwagę w szkolnych ławkach. Naszą pasją była akwarystka i oczywiście wędkarstwo. Pytacie dlaczego, oczywiście z racji rodzinnych tradycji, wszechobecnej w życiu naszych rodzin wędkarskiej pasji, ale przede wszystkim dlatego że wody pełne były okazałych ryb. Celem naszej szczenięcej gonitwy na portowe nabrzeża były płocie. Ogromne, nie dlatego że byłem mały a one duże, ale dlatego że były to 30- sto centymetrowe i większe wypasione morskie prosiaczki. Kręciły się licznymi ławicami w pobliżu falochronów, dając sposobność do niezliczonych udanych brań i lądowań nawet na naszym domorosłym, leszczynowo - słoikowym sprzęcie. Przynętą były czerwone robaki, na które co jakiś czas dla odmiany połykał garbaty morski okoń. Często żałuję, że nie mam zdjęć z tam tego okresu, choć nikt o tym wtedy nie myślał a i liczne komunistyczne zakazy fotografowania w pobliżu portowych urządzeń wykluczały taką możliwość. Jednak tamte przeżycia, czasy, sprzęt i ryby tak dalece zapadły w pamięci, że dziś widzę je wyraźnie jak żywe obrazy. Widzę też kolory tęczowej żyłki, spełnionego marzenia szczenięcych lat.



Nadeszły lata 70 - te za nimi kolejne dziesięciolecie, okres wzlotów i upadków. Tych pierwszych bo Epoka Gierkowska, z co raz śmielszym otwarciem na zachodnie technologie ośmieliła producentów sprzętu wędkarskiego z obozu socjalizmu. Pojawiły się kołowrotki spinningowe o stałej szpuli, a obok nich wędziska spinningowe, również teleskopowe. W zasięgu ręki nas jako nastolatków stał się krajowy Prexer, niemiecka Germina czy czeski Tokoz. Nowym przedmiotem westchnień stały się obrotówki ABU Droppen, połyskujące na wystawach Pewex - ów oraz markowy zachodni sprzęt wożony do kraju przez marynarzy. Coraz częściej w rękach wędkarzy dostrzec można było Daiwę, amerykańskiego Caymana lub szwedzki Shakespeare . Jednak w morskich połowach na bałtyckich zatokach nadal sprzęt i umiejętności nie grały większej roli, Wydawało się że morskie zasoby są nieprzebrane a proces degradacji zatok trwał niezauważalnie choć nieprzerwanie.

Póki co królował połów flądry z główek portowych Helu i Władysławowa a złowienie kilkunastu kilogramów tych ryb w kilka godzin nie stanowiło problemu. Przychodziły chwile gdy nie dało się łowić na dwie wędki, bo dopiero co zarzucony zestaw z filetem śledziowym targany był przez rybę.  Nierzadko flądra nie mogła nawet doczekać się porcji przynęty, bo opadający filet zabierany był w biegu przez belonę lub dorsza. Na morskich nabrzeżach spędzaliśmy całe doby, jadąc nocnym pociągiem na Hel, wracając ostatnim statkiem do Gdyni. Łatwiej było natargać siaty ryb niż wyprosić kilka śledzi na przynętę od miejscowych rybaków, którzy z racji państwowych rozporządzeń cały połów natychmiast zdawali do przetwórni. Choć flądra była obowiązkowym punktem programu to jednak nie ona budziła nasze emocje a celem gruntowych połowów był Skarp. Ogromny morski drapieżnik, również z rodziny płastug jednak osiągający imponujące rozmiary i adekwatną do nich waleczność. Posadzony na kiju natychmiast dawał o sobie znać mocnym zaparciem w toni i nagłym, gwałtownym murowaniem do dna na wysokości nabrzeża. Nierzadko lądowanie tej ryby kończyło się długim spacerem po falochronie do szerokich, betonowych stopni schodzących do samej powierzchni morza. Zawsze z podziwem przyglądaliśmy się jego piaszczystej barwie, chropowatym wyrostkom na skórze i ogromnej paszczy, która po rozwarciu ni jak nie pasowała do wizerunku płastugi. Była to ryba również spinningowa, gdy przy wolnym prowadzeniu ciężkich wahadłówek nierzadko stawała się trofeum zatokowych połowów z łodzi.  (zob. skarp, turbotScophthalmus maximus)
Nieoczekiwaną odmianą był połów rzadkiej w Bałtyku ryby, potocznie zwanej Morskim diabłem. W rzeczywistości to Kur diabeł  Myoxocephalus scorpius, pięknie ubarwiona ryba szczególnie od strony brzucha w postaci białych i pomarańczowych plamy, o iście diabolicznym wyglądzie. Ogromna głowa z licznymi wyrostkami oraz płetwy o ostrych promieniach wzbudzały nasz zachwyt i zgrozę nadmorskich spacerowiczów.  (zob. kur diabeł - Myoxocephalus scorpius)

Nocą te same zestawy gruntowe po zmianie przynęty, raczyły nas węgorzami grubości solidnego męskiego przedramienia. Łowiło się grubo i solidnie a jeszcze przez lata królowała polska żyłka "Gorzowska" nie cieńsza niż 0.40. Dziś to nie do pomyślenia, ale w tamtych czasach do połowu morskiej płoci i okoni stosowało się takie średnice również do przyponów wiązanych właściwie z żyłki głównej. W niczym to nie przeszkadzało a na pewno nie umniejszało skuteczności łowienia ryb tych gatunków. Baseny portu w Helu, Jastarni i Władysławowa słynęły z ławic dorodnych okoni, które falami naraz atakowały wszystkie zrzucone wędki. Bywały dni gdy decydowaliśmy się zostać kolejną dobę na główkach portu w Helu w oczekiwaniu na odejście ostatniego statku, by rzucać okoniowe zestawy już w kilwater "Halki" największego i ostatniego tego dnia statku wycieczkowego do Gdyni.  Jej pracujące śruby i wzburzona woda, pobudzały ryby do natychmiastowych brań, kiedy to wieczorną porą niezliczone garbusy nawiedzały portowe baseny.  Nierzadko towarzyszyły im morskie pstrągi tęczowe, uciekinierzy z eksperymentalnych hodowli sieciowych na zatoce. Równie grube płocie łowione na cisto z  miejscowej piekarni uzupełniały wędkarskie menu. Najlepszym było to surowe do wypieku drożdżówek, pachnące i żółte od szafranu.

Były to złote czasy a obfitość ryb praktycznie nakazywała zapomnieć o licznych wodach śródlądowych, niezliczonych jeziorach Pojezierza Kaszubskiego. Nadeszły jednak chwile gdy masowe śnięcie węgorzy w Zatoce Gdańskiej ujawniło trwającą przez lata degradację jej wód . Natychmiast pojawiły się teorie spiskowe o rzekomym przecieku zbiorników z Iperytem, gazem bojowym z beczek zatopionych wojennych okrętów i tych imperialistycznych, lub z okresu II Wojny Światowej. Prawda jednak była bardziej banalna a przyczyny z czasem oczywiste. Dla populacji węgorzy znaczenie miały przede wszystkim wody zatoki Puckiej, płytkie o małej objętości, które przez lata poddawane znacznej eutrofizacji powodowanej spływem ścieków i zanieczyszczeń z lądu, doprowadziły do silnej degradacji ekosystemu. ( Proces opisany- Sapota 1984). To był gwałtowny i jednoznaczny komunikat wysłany przez naturę, że zatoka kończy swój okres świetności również w znaczeniu wędkarskim.




Nasza opowieść prowadzi nas w lata 90 – te ubiegłego wieku. Nawet z pobieżnej lektury poprzednich części odsłania się obraz Zatoki Gdańskiej i Puckiej a opisane wędkarskie zdarzenia stanowią jedynie tło prezentacji ichtiologicznej historii obu akwenów. Pierwotne bogactwo gatunków ryb, ich liczne populacje stopniowo zanikały, by dla niektórych z nich stać się ostatecznym cmentarzyskiem. Nastąpił koniec dla szczupaka, sandacza i okonia a liczebność węgorza spadła do katastrofalnej ilości. W ten sposób wody zatok pozbawione zostały naturalnych drapieżników dając pole do rozwoju i ekspansji gatunków bez znaczenia gospodarczego o co w naszym przypadku oznacza, również gatunków wędkarskich. Szczególnie boleśnie doświadczyła tego Zatoka Pucka zniszczona wieloletnim procesem zanieczyszczania ściekami z lądu, pozbawiona szybkiej wymiany wody z otwartym morzem, gdzie długotrwałe zaleganie chemicznych i biologicznych skażeń doprowadziło do jej całkowitej degradacji.

W tym okresie jakby mało było nieszczęść, doszło do nieoczekiwanego i daleko idącego w konsekwencjach pojawienia się ekspansywnego gatunku obcego w postaci Babki Byczej Neogobius melanostomus (zob. babka bycza). Ryby przywleczone z południa Europy ze wskazaniem mórz Czarnego, Azowskiego i Kaspijskiego,  natychmiast znalazły dogodne warunki do rozwoju a natychmiastowy proces aklimatyzacji w wodach zatoki doprowadził w krótkim czasie do rozbudowy ogromnej populacji. Choć do dziś nie wskazano jednoznacznie sposobu jakim ten gatunek dostał się do naszych wód, to za najbardziej prawdopodobną przyczynę uznaje się ich obecność w wodzie zbiorników balastowych statków, które w tamtym okresie zawijały do portu w Gdyni. Mogła to być ikra, narybek a nawet dorosłe osobniki, jednak niezależnie to właśnie gdyński port był miejscem początku inwazji gatunku. Naturalnym siedliskiem Babki byczej są podwodne konstrukcje nabrzeży, zatopione głazy i betonowe wzmocnienia falochronów, których zakamarki, jamy i wszelkiego rodzaju dziury stanowią miejsca bytowania i żerowania. Niestety sieć podobnych konstrukcji ciągnie się wzdłuż całej linii brzegowej Zatoki Puckiej, co początkowo choć ograniczało siedlisko do powyższych, to niestety wyznaczyło ogromny, dogodny obszar do zasiedlenia.




Babka bycza, choć to nazwa przyjęta w Polsce już w okresie rozwoju gatunku w naszych wodach, w rzeczywistości jest Babką czarnopyską jak wynika z tłumaczenia nazwy łacińskiej Neogobius melanostomus. Jednak trudno się dziwić przyjętej nazwie bo gatunek ten osiąga nawet 25 cm i masę 350 g a jej charakterystyczna wielka, bycza głowa, dalej rozpowszechniła wizerunek ryby potocznie zwanej "Byczkiem". Jak widać to spora ryba i uwzględniając jej gwałtowny i niezmiernie liczny rozrost liczebności nie trudno domyślić się skutków dla gatunków rodzimych. Co gorsza jej zwyczaje siedliskowe również uległy zmianie, przez opuszczenie urządzeń portowych i zasiedlenie otwartych wód zatoki, przez adaptację do zakopywania się dnie na rozległych obszarach morskiego dna. Pozwoliło to na pokonanie wód Zatoki Puckiej nie tylko w wzdłuż linii brzegowej usianej niezliczonymi podwodnymi głazami, ale też przez otwarte jej wody. Jest to drapieżnik żywiący się organizmami dennymi jak krewetki czy małże a jego żarłoczność zmniejszyła bazę pokarmową do tego stopnia, że praktycznie wyparte zostały gatunki rodzime jak Węgorzyca, Węgorzyca oraz niewielkie w stosunku do Babki byczej, Babka czarnoplamka długość 4 cm, Babka piaskowa długość 4 cm, Babka mała 7 cm, Babka czarna - maks. długość 12cm. W tym miejscu należy podkreślić drugą a może podstawową bazę pokarmową, czyli ikra i narybek a to już krok do katastrofy pozostałych gatunków ryb tak znaczących dla nas pod względem wędkarskim. Odwracając ten proces należy zwrócić uwagę na skuteczną ochronę własnego wylęgu, przez opiekę Babki byczej nad własnym potomstwem. Początkowo ikrą opiekuje się samica, która nie tylko składa jaja w dobrze przygotowanym i chronionym gnieździe, ale dalszą opiekę nad wylęgiem przekazuje samcowi.

Boleśnie mogłem się o tym przekonać, gdy po kliku latach z przyjaciółmi powróciliśmy do połowów morskich z początkiem lat 90 – tych odwiedzając port w Władysławowie. Kuszeni wspomnieniem obfitości flądry, okonia, płoci, pstrąga tęczowego nasze przynęty powędrowały na piaszczyste dno z portowej główki i do wewnętrznych basenów w oczekiwaniu wymienionych gatunków. Jakie było nasze rozczarowanie, gdy po wielu godzinach wędkowania nie doczekaliśmy się nawet jednego brania. To była katastrofa, nie tylko w znaczeniu wędkarskim, ale dosłownie obnażony obraz rybnej pustyni. Chcą przekonać się o prawdziwości głoszonych od lat opowieści o dominacji babki byczej, wystarczyło przynęty skierować na dno w pobliże nabrzeża, by natychmiast na każdym zestawie meldowała się ryba tego gatunku. Były ich dziesiątki na zaledwie kilku metrach, gwałtownie połykających wszystko co nalazło się na haczyku. Nigdy wcześniej i później nie przeżyłem takiego wędkarskiego rozczarowania, zmuszony do zakończenia dnia łowiąc jedynie niezliczone ilości "byczków".

 


Oczywiście ekspansja gatunku obcego nie była w tym okresie jedynym powodem katastrofalnego stanu łowisk Zatoki Puckiej, ale na tyle dotkliwym i zauważalnym, że doczekała się uwagi a wręcz znaczącego miejsca w projekcie "Ryby dla Zatoki" Ryby dla Zatoki, gdzie czytamy: "W wyniku wieloletniej degradacji w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku, z połowów niemal całkowicie znikły, niegdyś ważne gospodarczo gatunki ryb, jak płoć, szczupak, sieja, a zasoby innych (okonia, sandacza) zostały silnie zredukowane. Z czasem połowy ryb słodkowodnych w Zatoce Puckiej niemal całkowicie straciły znaczenie gospodarcze, a rybacy zatokowi swój potencjał skierowali na gatunki morskie pozyskiwane w zewnętrznej części Zatoki i na otwartym morzu. Zanik ryb słodkowodnych w tym ważnych dla zachowania równowagi biologicznej drapieżników spowodował zmiany w strukturze ichtiofauny. Niszę uwolnioną przez pozbawione siedlisk, cenne gatunki ryb zajęły ryby ciernikowate, lepiej przystosowane do zmian środowiska Zatoki Puckiej. Zdegradowany akwen stał się także podatny na inwazję obcego gatunku ryby – babki byczej, który w ciągu kilkunastu lat, wraz z rybami cienikowatymi, zdominował przybrzeżną strefę Zatoki Puckiej. Obecnie ryby ciernikowate i babki bycze stanowią w strefie brzegowej ponad 99% biomasy ichtiofauny. Ich liczebność i równomierne rozmieszczenie, pozwalają na znaczną kontrolę nad zasobami innych ryb w tym młodocianych stadiów drapieżników, dla których później same mogłyby stanowić pokarm."

 


Ostatnie lata dwudziestego wieku zwiastowały koniec wędkarskiego średniowiecza, zapowiadając nadejście renesansu. Epoki, której pierwsze dziesięciolecie pisane jest współczesną historią rozwoju wędkarstwa morskiego. Poprzedził je okres nie tylko światowego rozwoju sprzętu i przynęt dedykowanych morskim połowom, ale też powszechna dostępność do tej oferty przez krajowych wędkarzy, zarówno w postaci oferty sklepów stacjonarnych jak po niedługim czasie internetowych. Zmiany polityczne a w dalszej kolejności ustrojowe, spowodowały rozluźnienie uścisku żelaznej kurtyny, by w końcu zaniechać wszelkich zakazów opuszczania nabrzeży polskich portów na pokładach statków i kutrów. Czas mija szybko, wydarzenia sprzed lat stają się ulotne, ale dla wędkarzy morskich na pewno w pamięci pozostały sceny, gdy samo zbliżenie się do kutra stojącego na cumach w porcie budziło niepokój wartowników Wojsk Ochrony Pogranicza a przebywanie na portowych główkach było bacznie obserwowane przez lornetki funkcjonariuszy. O ile żołnierze służby zasadniczej dość szybko oswajali się z widokiem naszych postaci na nabrzeżach, o tyle oficerowie o zbyt czerwonych szlifach wykazywali się nieustanną czujnością i przywoływaniem nas do porządku. Było to o tyle trudne, gdyż naszą ciekawość budziły zwykle okonie ustawiające się w cieniu burt cumujących jednostek a naszym ulubionym zajęciem było odpychanie od nabrzeża jachtów by móc przyjrzeć się stadom garbusów uciekających od smugi światła. Była to jednak dziecięca zabawa, choć z wiekiem nasze potrzeby rosły a konieczność wchodzenia na pokłady kutrów w poszukiwaniu śledziowej przynęty potęgowała nerwowość funkcjonariuszy. Jednak z czasem otworzyła się droga do morskich połowów w strefie wód przybrzeżnych Bałtyku, do których dostęp umożliwiał już tylko dowód osobisty. Opisywana historia 40 lat, przyniosła zatem ogromne zmiany w dostępie do bałtyckich łowisk oraz w sprzęcie i technikach połowu, ale czy zmieniły się ryby?
 
W tym miejscu wypada zacząć od dorsza i jemu przypisać popularyzację wędkarstwa morskiego. Bez wątpienia był motorem rozwoju tej dziedziny, choć zbiegło się to w czasie z radykalnym zmniejszeniem się jego populacji oraz ograniczeniem rybackich połowów. Niestety Bałtyk został przełowiony gdy w latach 80 - tych ubiegłego wieku połowy gatunków przemysłowych osiągnęły poziom pięciokrotnie wyższy niż przed II Wojną Światową, szacowany na 1 milion ton rocznie. Szczególnie dotkliwie odbiło się to na jego południowych, żyznych akwenach, czyli między innymi na wodach wzdłuż polskiego wybrzeża. Basenu Bornholmskiego, Rynny Słupskiej i Basenu Gdańsko – Gotlandzkiego, stanowiących główny kierunek corocznych wędrówek dorszy z tarlisk położonych na zachód od wyspy Bornholm. Eksploatacja ryb bałtyckich w tym dorsza, w okresie poprzedzającym wstąpienie do Unii Europejskiej większości krajów nadbałtyckich w tym Polski, regulowana była Konwencją Gdańską z 1973 roku. Jednak po roku 2004 konwencja straciła moc prawną a jej miejsce pojawiły się rozporządzenia unijne regulujące ilość dopuszczalnych połowów w narodowych strefach krajów członkowskich UE, co w przypadku dorsza oznaczało 20 tys. ton w roku 2012 dla polskich rybaków.  Nastąpiły zatem daleko idące obostrzenia niosące za sobą określone konsekwencje. Choć pierwszym skojarzeniem jest ochrona populacji dorsza, śledzia, szprota, gaładzicy (flądra) i łososia, to również pamiętać należy o pozytywnych skutkach jakie przyniosło zmniejszenie presji rybackiej na cały ekosystem morski. Szczególnie w strefach otwartego morza gdzie z racji stosowania narzędzi połowowych w postaci włoków dennych i pelagicznych następowało dziesiątkowanie gatunków ryb nie stanowiących wartości rynkowej oraz bezkręgowców dna morskiego.

Jednak radykalnie zmniejszone limity połowowe miały również znaczące konsekwencje ekonomiczne a dla wielu dla rybaków zawodowych oznaczały koniec uprawiania rybołówstwa. Po części przyczyniły się do wykorzystania części floty kutrów rybackich, przemianowanych z czasem na jednostki wędkarskie. Ostatnie lata do gwałtowny rozwój tej dziedziny wędkarstwa, dziś liczni armatorzy prześcigają się w ofertach morskich połowów a dorsz bez wątpienia zajmuje czołową pozycję na liście oczekiwań.

 


Wędkarski sezon na na tą rybę trwa w zasadzie nieprzerwanie a jedynie nieprzyjazne stany morza lub okresowa obfitość belony lub bałtyckiej troci zaprząta myśli morskich wędkarzy. W tym miejscu pamiętać musimy, że rabunkowa eksploatacja zasobów Bałtyku znalazła swój oddźwięk również w aktualnie obowiązujących przepisach regulujących zasady wędkowania na wodach morskich . Dla dorsza oznacza to wymiar ochronny 35 cm, który reguluje Rozporządzenie Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi z dnia 30 kwietnia 2002 r. w sprawie gatunków organizmów morskich, dla których ustanawia się okresy lub wymiary ochronne (Rozporządzenie Ministra Rolnictwa). Również dzienny limit połowu został ograniczony do ilości 7 sztuk.

 


Niestety obowiązujące przepisy budzą masowy sprzeciw wędkarzy, szczególnie wobec limitów dziennych a na forach trwa nieprzerwana dyskusja i utyskiwanie nad relacją kosztów jakie towarzyszą morskim wyprawom w stosunku do potencjalnych korzyści. W tym miejscu wypada zwrócić uwagę, że dorsz był, jest i będzie rybą i tak należy go pojmować czyli w znaczeniu wędkarskim z uszanowaniem obecnego stanu jego populacji. Dostarcza niezapomnianych emocji podczas połowu a dobry szyper zawiedzie Was na łowiska gdzie bez kłopotu pozyskacie siedem dorodnych sztuk na użytek kulinarny, pozostawiając w wodach Bałtyku egzemplarze mniejsze lub ilości dające szansę odbudowie liczebności dorszy. Kończąc tą część zapraszam przyszłych amatorów połowu dorsza do lektury publikowanego wcześniej tematu, opisującego sprzęt, przynęty i techniki wędkowania  (zob.  D - jak dorsz ).






 

W obecnej części nasza historia zatacza małe koło by powrócić do wód Zatoki Puckiej. Miejsca, które było początkiem mojej przygody z wędkarstwem nie tylko morskim. Opisane dzieje prowadzą nas do szczęśliwego końca w znaczeniu odrodzenia tego akwenu jako atrakcyjnego łowiska. Dla jednych szczęśliwego, dla innych niekoniecznie bo zmienił się jednak jego charakter, gdzie w miejsce szczupaków i okoni, pojawiły się morskie pstrągi ( trocie ) i łososie, jako dominujące w ekosystemie drapieżniki. Niestety nie obyło się bez ingerencji człowieka, jednak czy do końca przemyślanej? Od lat Zatoka Pucka objęta jest programem ”Ryby dla zatoki”, którego początki sięgają 1997 roku. Wskazano w nim nie tylko podział tego akwenu na dwie naturalne hydrologiczne strefy, ale też propozycje odbudowy zróżnicowanej ichtiofauny odpowiednio dla obu obszarów. Część wschodnia, zewnętrzna to wody o znacznie silniejszym zasoleniu, nawiązujące do charakteru wód Zatoki Gdańskiej i część wschodnia wewnętrzna, zwana Zalewem Puckim. To właśnie ten drugi akwen, płytszy o mniejszym zasoleniu i szybciej ulegający zmianom termicznym uznano za dogodne pole do szybkiej odbudowy populacji wielu gatunków ryb. Choć w programie wskazano na bytujące tu niegdyś gatunki, szczupak, okoń, płoć, to odbudowie ich liczebności poświęcono niewiele uwagi, może jedynie w postaci propozycji odbudowy tarlisk w ujściu Płutnicy.

 


Przystąpiono natomiast ochoczo do zarybiania wód zatoki pstrągiem tęczowym i tu rodzi się wiele wątpliwości mimo opisanej w projekcie argumentacji. Podstawą to takich działań był niekontrolowany wzrost liczebności Ciernika, w znaczeniu nieobecność naturalnych drapieżników a za możliwy sposób redukcji tego gatunku uznano obecność tęczaka. Problem ciernika jest oczywiście faktem, ryby która osiąga sukces reprodukcyjny przez opiekę nad potomstwem i budowę gniazd, nawet w trudnych warunkach środowiskowych jakie spotkały wody zatoki w ostatnim okresie. Ciernik miał zatem czas i sposobność zdominować płytkie, przybrzeżne wody w czasie gdy ich kondycja nie sprzyjała rozwojowi innych gatunków. Stał się zatem problemem nie mniejszym niż gatunek inwazyjny Babka bycza, szczególnie z racji konkurencji pokarmowej wobec narybku cennych gospodarczo i wędkarsko gatunków.

Do walki z ciernikiem ruszył pstrąg tęczowy. W 2005 roku w ramach wskazanego wyżej programu, Stacja Morska UG zarybiła akwen wewnętrzny części Zatoki Puckiej pstrągami tęczowymi w ilości ok. 40 tys. sztuk, z czego 4 tys zostało oznakowanych. Przyjęte uzasadnienie tej decyzji wskazane jest w treści opisującej Projekt "Tęczowy Pstrąg", cytuję: "Uznano, iż pstrągi tęczowe powinny być bezpiecznym narzędziem dla zmniejszenia udziału ryb ciernikowatych w strukturze ichtiofauny Zatoki Puckiej, ponieważ nie rozmnażają się w naszych wodach, a ich liczebność możemy ściśle kontrolować wielkością zarybień. Ponadto pstrągi tęczowe nie konkurują z rodzimymi gatunkami - trocią wędrowną i łososiem o ich pokarm."  (zob. Projekt "Tęczowy Pstrąg")

Choć nie potrafię wskazać opracowania, które podsumowuje efekty tych poczynań, to argumentacja użyta w w/w projekcie budzi już wiele wątpliwości. Obawiam się, że pomysłodawcy sięgając po gatunek obcy nie do końca byli w stanie przewidzieć potencjalne negatywne skutki, szczególnie wobec stwierdzeń o niekonkurowaniu tęczaka z innymi łososiowatymi oraz pozostałymi gatunkami.. Zapominając przy tym o jego wędrownym charakterze i możliwości żerowania w rzekach wpływających do Zatoki Puckiej, jak rzeka Reda, czego liczne przykłady miały miejsce przez lata w postaci wędkarskich połowów tego gatunku na Redzie. Szczęściem dla rzeki a w zasadzie dla jej populacji lipienia jest naturalna bariera na drodze pokarmowej migracji tęczaka postaci jazu w Ciechocinie. Jaz  Kondycja i liczebność lipienia zmaga się obecnie z wieloma problemami a dokładanie kolejnego w postaci żarłocznego tęczaka z morza byłoby ostatnim gwoździem do trumny, szczególnie wobec występującej populacji pstrąga tęczowego w postaci uciekinierów z hodowli (zob. Gdzie się podział lipień z Redy).

 

 

Dzisiejszy wpis rozpoczyna stwierdzenie "Opisane dzieje prowadzą nas do szczęśliwego końca w znaczeniu odrodzenia tego akwenu jako atrakcyjnego łowiska ..." To prawda, bo szczęśliwie tęczakowy eksperyment dobiegł końca a dziś nieliczne sztuki z tamtego okresu stają się udziałem połowów sieciowych oraz wędkarskich, pozostawiając krainę wód zatoki we władaniu troci i łososia.

Artur Buczkowski
źródło: http://dalekiport.blogspot.com
Oceń artykuł: 
0
Brak ocen
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy.

Kategoria: